Wydawało się, że to będzie zwykły dzień. Wojna się skończyła a Maria Michalczyk pracowała w Nadleśnictwie Daleszyce, które miało  swoją siedzibę w Kielcach. W pewnym momencie wstała zza biurka aby wyjść na chwilę z urzędu. Być może po coś do zjedzenia, albo na chwilowy spacer. Wychodząc, minęła na schodach dwóch panów. Nie zwróciła na nich szczególnej uwagi. – Marysiu, nie wracaj, przyszli z UB aby Cię aresztować – ostrzegła ją koleżanka. Nie rozpoznali jej na schodach! Była w skromnym ubraniu, bo przecież wyszła tylko na chwilę. Dokąd uciekać?

Moja ciocia, Maria Michalczyk, urodziła się  18 lipca 1913r.  w Daleszycach pod Kielcami w biednej, wielodzietnej rodzinie. Pierwsze spotkanie z Polską jakie zapamiętała z dziecięcych lat to świętowanie zakończenia wojny z bolszewikami. Od najmłodszych lat wrażliwa na cierpienie innych, odwiedzała dom starców – najczęściej tzw. „Kulawą Panią”, do której wszyscy odnosili się z wielkim szacunkiem. Ciekawość swoją zaspokoiła, gdy pewnego razu „Kulawa Pani” opowiedziała Jej o swoim udziale w Powstaniu Styczniowym, gdzie była łączniczką do czasu, aż została ciężko ranna.

Wielkim przeżyciem dla młodziutkiej Marii był  przyjazd do Kielc marszałka Józefa Piłsudskiego w 1926r.  Odzyskanie niepodległości, wydarzenia następnych lat oraz klimat domu rodzinnego, wyrobiły w Niej wielką miłość i poczucie obowiązku wobec Ojczyzny. W 1934 roku rozpoczęła studia matematyczne w Warszawie utrzymując się tylko z udzielania korepetycji. Mieszkała w strasznych warunkach, często chorując i walcząc o to, aby się utrzymać. Nie była jednak osamotniona. Spotkała się z życzliwością koleżanek a braterską atmosferę stwarzali również profesorowie. W takiej atmosferze nastał rok 1939.

 

Zatrute cukierki

 

Październik 1939 roku.  Niemcy rozkwaterowali się w Daleszycach i wszędzie ich pełno. Dwie małe siostry Marii, siedmioletnia Cecylia i czteroletnia Hania, siedziały przed domem na dużym kamieniu. Ulicą szła powolnym krokiem grupa Niemców. Dziewczynki, choć przyzwyczajone już do ich widoku, nie chciały się z nimi spotkać, jednak jeden z nich podszedł do skulonych małych postaci, wyciągnął z kieszeni torebkę i zaczął je częstować

 

– Bitte, kleine Madchen.

Cukierki – młodsza zajrzała do torebki.

Starsza siostra z poważną miną powiedziała

Nie bierz, na pewno są zatrute

 

Starała się zaciągnąć wystraszoną siostrę do domu. Niemiec, widząc to, zbił jedną i drugą po głowie. Chwilę stali na ulicy, po czym postanowili wejść do domu, do którego wbiegły dziewczynki. Byli obecni wszyscy domownicy. Maria Michalczyk znała niemiecki, choć słabo, jednak to wystarczyło aby Niemcy rozpoczęli konwersację. Wyraźnie okazywali chęć rozmowy z kimś, kto zna ich język. Zauważyli jej czapkę studencką i na ten tor skierowali rozmowę. Powiedzieli, że skoro zna matematykę, to będzie wykładać w niemieckiej szkole.

 

– Co? Ja studiowałam aby polskie dzieci uczyć. – powiedziała głośno Maria

– Gdzie pani ma polską szkołę?

– Sądzę, że będzie.

– Cała Polska jest w naszych rękach!

– Ale to nie koniec wojny

– Prawo jest po stronie silniejszego. Nie chcieliście oddać naszego Pomorza, to weźmiemy cały kraj i świat zobaczy, co Niemcy potrafią. Świat trzeba zmieniać na lepszy!

– Ogniem, bombami i czołgami? Tysiące mogił, kalek, ruiny i zgliszcza mają doprowadzić do lepszego świata? Strzelacie do ludzi, grabicie ich mienie, uważacie się za naród cywilizowany a zachowujecie się jak bandyci.

 

Niemcy siedzieli wściekli co chwila próbując przerwać, ale Maria bez przerwy mówiła. W pewnym momencie zorientowała się, że powiedziała za dużo, więc jakby dla uspokojenia siebie dodała:

 

– Przecież jest jeszcze Bóg?

– Ha ha ha – roześmiał się jeden z nich chwytając za pas z napisem: Gott mit uns.

 

W pewnym momencie jeden z nich zerwał się, chwycił pistolet i doskoczył do Marii. Matka zakryła twarz, płacze, siostra przerażona, ojciec siedzi nieruchomo na stołku…

 

– Za co chcesz mnie strzelać? Czy to ja poszłam palić wasze domy, grabić mienie i strzelać do waszych ludzi?

– Schowaj pistolet – powiedział jeden z nich. – Chodźmy stąd.

 

Tej nocy Maria nie spała w domu. Gospodarz u którego kwaterowali ostrzegł ją, że byli bardzo wzburzeni i ciągle o niej mówili, że nie darują. Poszła do rodziny, następnie do Kielc, a po pewnym czasie rozpoczęła działalność konspiracyjną.

 

Maria Michalczyk ps. Wyrwicz.

 

Ciocia Marysia była kierownikiem wywiadu wojskowego AK w placówce Daleszyce. Prowadziła m.in. tajne nauczanie na szczeblu szkoły średniej a także nasłuch radiowy dla zrzutów. Oprócz pracy wywiadowczej, udzielała wszelkiej pomocy miejscowemu oddziałowi partyzanckiemu „Wybranieccy”. Jednym z jej najważniejszych zadań było nasłuchiwanie audycji z Londynu, w celu wychwycenia zaszyfrowanych informacji zapowiadających zrzut broni, o którym natychmiast, bez względu na porę, trzeba było zawiadomić miejscowy oddział. W razie wpadki groziła śmierć lub Oświęcim. Mimo tych obowiązków włączyła się także w tajne nauczanie wykładając matematykę i łacinę.  Represje w Daleszycach i okolicach mocno się nasilały. Coraz częstsze łapanki i rozstrzeliwania, jako odwet za akcje partyzanckie, aż w końcu całkowite zniszczenie  miasteczka i utrata domu.

Tak wspomina ten okres:

 

Codzienne marsze do poszczególnych wiosek, oddalonych od siebie o kilkanaście kilometrów. Zajmowałyśmy się obserwacją oddziałów niemieckich. Zimno, błoto a my w połatanych ubraniach, bez ciepłego okrycia i ciągle głodne chodziłyśmy do tych wiosek, każda w innym kierunku. Trzeba było ustalać stan i jakość załóg niemieckich, odtwarzać linię okopów, odnotowywać zmiany i ruch na drogach. Przez cały okres wojenny meldunki te przesyłano do Londynu. Było to „wartowanie” bez przerwy, aby żaden pojazd nie uszedł uwagi, żaden anonim nie dostał się do rąk Niemców, aby jak najwięcej rozmów telefonicznych było znanych. Każdy żołnierz niemiecki był policzony! Ostatnie moje meldunki, które się zachowały, noszą daty 6, 7, 8 stycznia 1945. Była to codzienna, żmudna, szara praca – największa moja praca dla Polski.

 

UB na schodach

 

Koniec wojny rozpoczął nowy etap w życiu Marii Michalczyk. Starała się o pracę w szkolnictwie ale nigdzie nie było dla Niej miejsca. Pracowała w Nadleśnictwie Daleszyce. Zaczęła też otrzymywać informacje o aresztowaniach AK-owców. Sięgnijmy do Jej wspomnień:

 

„Wielkim przeżyciem było dla mnie zjawienie się dwóch młodych ludzi mijających mnie na schodach urzędu. Okazało się, że to panowie z UB przyszli mnie aresztować. Przypadek zrządził, że nie rozpoznali mnie na schodach. Do biura już nie wróciłam. Panowie z UB przez 3 dni i 3 noce szukali mnie w biurze i domu. 

Gdzie uciekać? Musiałam natychmiast wyjechać z Kielc. Z żalem, pełna ponurych myśli opuszczałam miasto moich marzeń.  Ze względu na bezpieczeństwo poszłam pieszo do Chęcin. Tam wsiadłam do pociągu jadącego do Katowic. Lał deszcz, jechałam pociągiem towarowym w odkrytym wagonie, bez bagażu bo nic nie miałam. Siostry zostawiłam w Kielcach na łasce losu”

 

Maria zatrzymała się w Katowicach, gdzie pomogli jej spotkani, dobrzy ludzie. Odszukała kuratorium. Zaproponowano jej pracę w kilku miejscowościach. Wybrała Bielsko, a po pewnym czasie sprowadziła tam całą rodzinę. Serce jednak wyrywało się do Kielc, i Daleszyc.

 

„Bandytka”

 

Maria Michalczyk jest autorką trzech książek pełnych wojennych wspomnień i historii kielecczycny z okresu wojennego.

 

Pomysł napisania tych książek zrodził się z buntu. Pierwszą falę buntu przeżyłam, gdy panowie z UB przyszli mnie aresztować. Drugą falę, kiedy jako wychowawczyni w bielskim liceum, siedziałam przy pierwszej po wojnie maturze i słuchałam, jak odpowiadają moje uczennice z historii. Usłyszałam wtedy, że AK-owcy byli bandytami. Uczennica, która to powiedziała nie zdawała sobie sprawy, że naprzeciw niej siedzi jej wychowawczyni, taka „bandytka”. 

 

Dużym bodźcem do napisania książek było także spotkanie z mieszkańcami Daleszyc po moim artykule w Gazecie Kieleckiej pt. „Matematyka wytycza przyszłość”. Jeden z mieszkańców powiedział mi wtedy:

– Jak zginie historia Daleszyc z tej wojny, to będzie Pani wina!

Oburzyłam się i spytałam – Dlaczego?

– Bo Pani umie pisać!

Byłam zaskoczona, że Ci prości ludzie powiedzieli mi, że umiem pisać!

 

Tak powstały „Gdy Każdy dzień był walką”, „Diabeł Piątej Kolumny” oraz „Egzamin z Życia”, którego nie zdążyła dokończyć, gdyż zmarła 9 kwietnia 1989 roku. Tę książkę dokończyła jej siostra, Cecylia.

 

Maria Michalczyk, autora książek o partyzantach z Daleszyc i okolic.

 

„Ostatni raport, pisany bez pośpiechu, ale z tym samym drżeniem ręki. Wtedy z obawy aby nie wpaść, a dziś ręka drży ze wzruszenia. Nikt już nie wpisze na nim numeru ewidencyjnego. Który to już z kolei? Może setny, jubileuszowy? Napisany wiele lat póżniej po tamtych, czy jest spóźniony? Skończyłam swój ostatni raport. I nie muszę już dziś szukać pseudonimu, żeby go podpisać, choć pseudonim ten jest dla mnie symbolem mojej najlepszej i najofiarniejszej pracy dla Polski.

 

 

Posłowie

 

Dlaczego o tym piszę? Dziś chyba wszyscy znają Pileckiego, Fieldorfa „Nila”, majora „Łupaszkę”, „Inkę”. Jest jednak bardzo wielu bohaterów, którzy zostali całkowicie zapomniani, a na ich grobie nie świeci się już żadna świeczka. Chciałbym, aby wszyscy usłyszeli o Mieczysławie Drewiczu „Warrenie”, który jako szef wywiadu AK w Kielcach jeździł zawsze nocą po godzinie policyjnej, rowerem z ogromnym reflektorem bijącym na odległość, bo przecież „Niemcom do głowy nie przyjdzie, że nie ich człowiek może swobodnie jechać o tej porze!”  – mawiał.

O „Nurkowcu”, czyli Kurcie Podlaska, który został siłą wcielony do armii niemieckiej, choć ich obsesyjnie nienawidził. Przedostał się na kielecczyznę, skąd trafił do „Wybranieckich,” gdzie ofiarnie służył rannym partyzantom, często zastawiając ich swoim ciałem, a oni nim pogardzali.  O Lucynie Wrońskiej „Ewie,” która wiozła broń do rusznikarza niemieckim autem, bo przecież „Niemcy nie będą kontrolować swojego”…  

Pisząc ten artykuł, korzystałem z wyżej wymienionych książek oraz wspomnień cioci Cecylii zawartych w ostatniej z nich „Egzamin z życia”. Największą skarbnicą jest jednak pamięć. Do dziś pamiętam opowieści z wojny u nas w domu, gdy przychodził wujek Michał ps. „Miś”, brat cioci Marysi i dopowiadał to, czego w książkach nie było.

Zawsze, gdy jestem w Kielcach odwiedzam Cmentarz Partyzancki. Może to tylko moja wyobraźnia tak działa, ale czuję, jakby Spoczywający tu dopominali się, aby historia o nich nie zginęła we współczesnej Polsce. Może to sama ciocia Marysia do mnie mówi, abym pisał? Tak samo jak jej to powiedział ten „prosty człowiek” z Daleszyc…

Moja ciocia „bandytka”, moja ciocia kochana!

Tomasz Kania, Londyn, 2016.

Newsletter

Newsletter

Zapisz się do naszego newslettera, a otrzymasz za darmo "Kalendarz Małżeński" oraz prenumeratę magazynu Misja52 co miesiąc na maila.

Dziękujemy za zapisanie się do Newsletter Misja52